Klubowy rejs na Seszele - 2011 - YACHT KLUB POLSKI TYCHY

Klubowy rejs na Seszele - 2011

Wynajęto mnie kiedyś do poprowadzenia rejsu po archipelagu Seszeli i okolica oraz warunki klimatyczne tak bardzo mnie zauroczyły, że postanowiłem w ten rejon zabrać członków YKP BREMA. Wynajęliśmy katamaran Lagoon 440 z 8 wygodnymi kojami oraz dwiema mniej luksusowymi kabinkami jednoosobowymi. Bilety lotnicze Liniami Katarskimi z przesiadką w Doha udało się zaklepać w miarę tanio – (660 Euro od osoby w obie strony).

Marina Cat Sey życzy sobie 6.000 Euro kaucji za wypożyczenie takiego katamaranu i to stworzyło nam pewną trudność. Na szczęście jeden z naszej załogi posiadał kartę kredytową o tak wysokim limicie i zgodził się na ryzyko pokrycia tej kaucji.

Z prasy pobranej przy wsiadaniu do samolotu dowiedzieliśmy się o najnowszych wypadkach z rekinami na Seszelach i na nieodległym Reunion, co trochę popsuło nam wszystkim humor, bo każdy wiózł w swoim bagażu płetwy, maskę i fajkę oraz w sercu szczery zamiar oglądania legendarnych raf koralowych.

Taksówką typu busik, dwoma kursami (z powodu bagaży) dojechaliśmy z lotniska do Mariny, za łącznie 40 Euro i tam czekając na przejęcie jachtu załoga miała możliwość kąpieli pod prysznicem i przebrania się w lżejsze ciuchy, niż te, które były użyte w samolocie.

Po wprowadzeniu się z bagażami na jacht, załoga obejrzała sobie małe pojedyncze kabinki dziobowe i ponieważ nie znalazł się żaden chętny na taką kwaterę, nastąpiło losowanie. Niezbyt zadowoleni ci, którzy wylosowali te kabinki szybko nazwali je chlewikami… Po rozpakowaniu się w przydzielonych kabinach wytypowaliśmy „silną grupę” po zakupy, która udała się do stolicy Seszeli Victorii z listą niezbędnego zaopatrzenia. Pozostali grzecznie poddali się wstępnemu szkoleniu na jachcie, co było konieczne, gdyż byli to ci, którzy jeszcze z jachtami na morzu żadnego kontaktu nie mieli. Omówiliśmy sobie wszystkie stanowiska manewrowe i konieczne na nich czynności w rozmaitych stanach żeglugi oraz praktycznie wypróbowaliśmy sobie ich wykonanie, w czym sekundowało nam dzielnie palące słoneczko oraz spora wilgotność powietrza potęgująca odczucie upału.

Wieczorem, przed wspólną kolacją, dokonaliśmy obrządku poczęstowania Neptuna szklaneczką whisky wylewając z dziobu do morza nieco tego płynu wraz z rytualną przemową kapitana: „Królu mórz i oceanów! Załoga jachtu Louann zaprasza Cię na godny poczęstunek, licząc że pomożesz nam w całym rejsie usuwając sprzed naszego dziobu wszelkie przeszkody oraz rozkazując wiatrom wiać dla nas przychylnie. Poddajemy się z pokorą Twoim rządom!”

Cała załoga ze szklaneczkami w rękach zgromadzona na dziobie brała udział w tym rytuale z powagą chłonąc słowa kapitana. Potem była już tylko przyjemność smakowitej kolacji i zasłużony po długim i męczącym locie odpoczynek.

Następnego dnia trzeba było jeszcze uzupełnić zaopatrzenie.

Po południu odbyło się pierwsze wyjście w morze z zamiarem opłynięcia wkoło wyspy Św. Anny i wykonania zaleconych alarmów, oraz zapoznania załogi z jachtem w żegludze. Przed wieczorem weszliśmy z powrotem do mariny Cat Sey na kolację i spokojny nocleg.

Następnego dnia śniadanie obyło się wcześniej, bo planowaliśmy płynąć na wyspę Praslin, czyli było do pokonania w sumie ponad 26 mil. W porze suchej wieje na Seszelach stały monsun z południowego wschodu, co zapewniało na halsowanie rufą. Na katamaranach nie pływa się fordewindem. Wydłużało to znacznie naszą drogę, a doświadczenia z dnia poprzedniego były za krótkie, żeby stwierdzić, kto z początkujących zapadnie na morską chorobę. Po wyjściu, przeciągnęło się stawianie grota, ponieważ jego listwy trzeba było przeprowadzić bezkolizyjnie pomiędzy Laise Jackami – co w praktyce kazało, podnosząc żagiel wielokrotnie zjeżdżać z nim kilka centymetrów w dół, żeby znowu podnieść go wyżej. Po tym pierwszym praktycznym treningu w następnych wyjściach już ta operacja trwała znacznie krócej i wychodziła sprawniej. Na stanowisku sterowniczym daszek przeciwsłoneczny całkowicie zasłania grota, co powoduje, że zmiany kursu sterowania tak, aby żagiel wychodził bezkolizyjnie są podpowiadane przez załoganta stojącego tam, skąd żagiel jest dobrze widoczny – w kolejnych wyjściach składaliśmy do stawiania grota ten brezentowy daszek, co znacznie usprawniało całą operację.

Po południu stanęliśmy na kotwicy w zatoce Chevalier na wyspie Praslin na głębokości 5 metrów. Na kotwicowisku stały jeszcze dwa katamarany oraz mały kuterek patrolowy wojska seszelskiego. Szybko okazało się, dlaczego on się tam znajdował – było to miejsce, gdzie kilka dni wcześniej rekin zabił francuskiego wicemistrza w windsurfingu i załoga wojskowa miała za zadanie nie dopuścić, żeby ktokolwiek wchodził tam do wody. Przy pięknej plaży otaczającej zatokę, rozpięto siatkę przeciwrekinową i jedynie tam, pod jej ochroną, wolno było wchodzić do wody. Załoga zaokrętowała się więc na nasz ponton i popłynęła do brzegu. Wychodząc z założenia, że praktyka uczy najlepiej, nie wspomniałem nic o tym, żeby uważać przy samym brzegu na pozornie nie wielki przybój. Oczywiście ponton przekoziołkował i wszyscy spotkali się z wodą nieco wcześniej niż zamierzali. Pozrywane z głów okulary i inne osobiste akcesoria dało się na szczęście odnaleźć. Trzeba było potem wysuszyć i odpiaszczyć silnik, ale za to już w kolejnych transportach na brzeg nie było żadnej wywrotki. Załoga pełna wrażeń i wykąpana w oceanie o temperaturze wody 32 stopnie wróciła na jacht, gdzie już czekała lista nocnych wacht – bo stanie na kotwicy w nocy wymaga stałej kontroli. Omówiliśmy sobie sposób trzymania takiej wachty i jej specyfikę. Na szerokości 4 stopni na południe od równika nie ma prawie wcale zmierzchu i brzasku – słońce zachodzi bardzo szybko i z dnia błyskawicznie robi się noc, tak jak i rano z nocy bardzo prędko robi się kolejny słoneczny dzień, a różnicy temperatur pomiędzy nocą i dniem prawie nie ma.

Kolejnym naszym postojem było kotwicowisko przy wyspie Couriose. Wyspa ta jest objęta statusem Parku Narodowego i każdy wchodzący tam musi zapłacić za bilet wstępu w wysokości 200 Rupii Seszelskich, czyli około 13 Euro. (Kurs na teraz to 16,5 Rupii Seszelskich za 1 Euro). Na wyspie tej żyje wiele ogromnych żółwi lądowych, wielkie kraby i sporo różnokolorowego ptactwa. Jest tam także piękna ogromna plaża ograniczona głazami bazaltowymi, tak charakterystycznymi dla krajobrazu wszystkich Seszelskich wysp.

Następnego dnia popłynęliśmy do jedynego portu wyspy Praslin, gdzie przychodzące jachty mają do wyboru, albo w miarę wolnych miejsc dojść do pływającej kei (2000 Rupii Seszelskich za noc), albo stanąć na boi (200 Rupii Seszelskich za noc) – w opłacie tej jest już automatycznie wywóz śmieci oraz dowóz zamówionych towarów spożywczych ze sklepu. Te różnice cenowe nie pozostawiają wyboru, zwłaszcza, że na boi stoi się znacznie bezpieczniej. Ponieważ do kei suną jachty z bardzo rozmaitymi skiperami o rozmaitych umiejętnościach manewrowych. Pomijając sklepy i niewielkie miasteczko, celem wycieczki prawie obowiązkowej jest Dolina Majowa (Valley of May). Jest to dolina objęta statusem Parku Narodowego i wstęp tam to 250 Rupii Seszelskich od osoby. Tam właśnie rosną Coco de la mer, czyli wielkie kokosy o wadze ponad 30 kg. Przypominają one do złudzenia kobiece miejsca intymne i stały się powodem do anegdoty: Legenda głosi, że w czasie sztormu wysokie na 40 metrów palmy, na których rosną te orzechy kołysząc się, powodują, że orzechy te kopulują. To sprowadza chętnych widzów, którzy jednak niczego już opowiedzieć nie mogą, bo dostawszy w głowę 30-kilogramowym orzechem spadającym z dużej wysokości stają się natychmiast bardzo małomówni.

Bardzo ciekawa jest w tej dolinie i na jej zboczach dżungla tropikalna, którą tam można podziwiać w pełnej krasie. Wycieczka ta może doskonale służyć rozprostowaniu nóg po długim pobycie na Jachcie, bo do przejścia jest około 3 km. Można jednak skorzystać z miejskiego autobusu za jedyne 3 Rupie Seszelskie. Jeździ on z portu do tej doliny i chodzenie piechotą ogranicza się jedynie do zwiedzania lasu tropikalnego. Ponieważ teren jest górzysty, z wierzchołków wzniesień jest przepiękny widok na bogatą linię brzegową wyspy oraz na wyspy Coco i La Dique.

Warto nie zapomnieć o zapasie wody na tą wycieczkę, bo pragnienie daje się we znaki. Po powrocie do portu były również działania integracyjne z załogami innych jachtów i wymiana wrażeń z dotychczasowego pływania. W sumie spędziliśmy tam dwie doby nie narzekając ani przez chwilę na nudę czy nadmiar czasu. Właściciel boi odwiedzał nas co kilka godzin zabierając śmieci i troszcząc się o wszystkie nasze potrzeby. Miejscowi ludzie są zupełnie niezepsuci napływem turystów i chętnie im pomagają.

Widok jedynej na wyspie Praslin kei dostępnej dla jachtów pokazuje zarazem położenie tego idyllicznego porciku. Kilka razy w ciągu dnia przychodzi tu spory „tramwaj wodny” przywożąc i zabierając kolejną partię turystów, z których pieniędzy powstaje zasadniczy budżet Seszeli. Większość nocnych postojów w rejsie odbywa się na kotwicy, a w tym porcie z boi nie ma możliwości uzupełnienia wody, dlatego dobre jachty są zaopatrzone w desalinator, tworzący autonomię w tym zakresie. Zazwyczaj paliwa uzupełniać nie trzeba, gdyż stale wiejący wiatr o sile do 6°B pozwala na znaczne ograniczenia jego zużycia.

Z Portu na wyspie Praslin pożeglowaliśmy na kolejną z czterech zamieszkałych wysp archipelagu – La Dique. Od jej wschodniej strony znajduje się mały porcik, który nie jest w stanie pomieścić wszystkich chętnych na jego odwiedzenie oraz tych, którzy muszą tam się dostać dowożąc turystów, czy łowiąc ryby dla miejscowych knajpek. Do niedawna, na wyspie tej obowiązywał zakaz ruchu jakichkolwiek pojazdów mechanicznych i cały transport ludzi i towarów odbywał się przy pomocy zaprzęgów w woły. Pozostały tam jeszcze taksówki dla ośmiu osób i woźnicy z tym zaprzęgiem.

Wielką wygodą dla wizytujących tę śliczną wyspę stanowi wypożyczalnia rowerów. Rowerem można ją objechać w koło w niecałą godzinę. Na wyspie z ciekawych do odwiedzenia miejsc znajduje się stary zabytkowy cmentarz, kooperatywa produkująca koprę i hodująca wanilię oraz ogromna prześliczna plaża w porze suchej niedozwalająca kąpieli w morzu – w tym czasie jest tam ciągły silny prąd wynoszący w morze, którego pływak nie jest w stanie pokonać. W czasie naszego na tej wyspie pobytu, spotkany wcześniej na innym jachcie Polak, został w ten sposób pochłonięty przez ocean.

Fabryka kopry to zwykły kierat poruszany przez woła i obracający wielki kamień młyński. Wołem dowodzi miejscowa kobieta odpoczywająca po kilku obrotach kieratu w czasie, kiedy urobek jest masowo wyżerany przez ptaki. Z powodu ciasnoty w porcie oraz ruchu miejscowych łodzi rybackich musieliśmy kilkakrotnie się przestawiać w coraz to nowe, przydzielane nam przez kapitanat miejsca, często co do centymetrów dopasowane do gabarytów jachtu.

Kilka mil od portu La Dique leży maleńka wysepka Coco z przepiękną rafą. Niestety, nie chcąc stwarzać zbędnych pokus groźnym rekinom, zrezygnowaliśmy z odwiedzenia kotwicowiska koło tej wysepki.

Z la Dique udaliśmy się w drogę powrotną na Mahe i na noc, tam weszliśmy do „swojej” Mariny. Rejs dobiegał końca i pozostało nam jeszcze dostać się do portu handlowego na Mahe gdzie znajduje się jedyna na Seszelach stacja z paliwem, która może tankować jednostki pływające. Przedostatniego dnia rejsu wyszliśmy z Mariny Cat Sey z zamiarem tankowania – niestety na miejscu okazało się, że stacja z powodu wyborów na Seszelach jest tego dnia nieczynna. Po telefonicznym uzgodnieniu z biurem Mariny, że zatankujemy się następnego dnia rano i zaraz potem przypłyniemy oddawać jacht popłynęliśmy do ochronionej przed wiatrem zatoczki na kotwicę. Wcześnie rano, ruszyliśmy do portu na tankowanie i tam uzupełniliśmy wypalone przez siebie paliwo. W porcie handlowym na wyspie Mahe pobierają wodę i paliwo okręty wojenne wysłane przez rozmaite państwa dla ochrony przed piratami Somalijskimi. Ponieważ miejsce umożliwiające tankowanie dużych okrętów wojennych jest skąpe, to tylko jeden okręt może się tam znajdować. Dlatego na redzie przed portem zazwyczaj czeka inny okręt lub nawet dwa, na swoją kolej tankowania. Gdy mijaliśmy tankujący się okręt wojenny Marynarki Włoskiej pojawił się zwiastun nadchodzenia pory deszczowej – wywołało to piękną tęczę, którą podarował nam Neptun na pożegnanie.

40 minut później oddaliśmy jacht w Marinie Cat Sey i w sympatycznej restauracji w Marinie postanowiliśmy czekać na odlot do domu. Wszyscy byli zauroczeni plażami, widokami i wszystkim tym, co z Seszeli czyni raj na ziemi.